Śmierć jako dobro moralne (2)

dr n.med. Marcin Walter

Prezes Stowarzyszenia na Rzecz Prawa do Godnej Śmierci

Czy opieka paliatywna jest alternatywą dla dobrej śmierci?

Opieka paliatywna ma na  celu poprawę jakości życia chorych będących u kresu życia oraz ich rodzin poprzez zapobieganie i  łagodzenie cierpienia dzięki wczesnemu rozpoznaniu, prawidłowej ocenie i leczeniu bólu a także innych objawów fizycznych, psychosocjalnych i duchowych. Celem tak pojętej opieki nie jest zatem ani przyspieszanie, ani opóźnianie momentu śmierci, lecz maksymalne łagodzenie cierpień umierającego człowieka. Trudno zatem przecenić korzyści takiej opieki oraz rolę hospicjów od momentu początków ruchu hospicyjnego. Kiedy jednak umierający pacjenci cierpią z  powodu objawów nie dających się uśmierzyć przy pomocy tradycyjnych zabiegów paliatywnych, to jedynym działaniem, które jest w  stanie zaproponować hospicjum bywa tzw. „paliatywna sedacja”, polegająca na  wprowadzeniu pacjenta w  śpiączkę farmakologiczną o  stopniu głębokości dostosowanym do sytuacji. Pacjent utrzymywany jest w takiej śpiączce do momentu śmierci, z teoretyczną możliwością wybudzenia, gdyby stan kliniczny uległ (przejściowej) poprawie. Postępowanie takie nie jest jednak pozbawione wad. Po pierwsze, trudno w takim stanie utrzymywać pacjenta przez długi czas. Zgodnie z zaleceniami Europejskiego Towarzystwa Opieki Paliatywnej (EAPC), taka „sedacja” może być podjęta kiedy śmierć jest oczekiwana w przeciągu kilku godzin lub najdalej kilku dni. Dr  Joseph Raho z  Uniwersytetu w  Los Angeles okres ten wydłuża nawet do 2 tygodni. Trzeba też wziąć pod uwagę, że  w  czasie takiej „sedacji” pacjent nie jest żywiony, śmierć zatem następuje wskutek lub przy udziale głodzenia.

Jako lekarz, wielokrotnie widziałem cierpienia, których medycyna nie była w stanie złagodzić.

Istnieje jednak wiele chorób które powodują powolną degradację pacjenta w  dłuższym przedziale czasu. Przykładem może być tzw. stwardnienie zanikowe boczne (ALS), które na przestrzeni miesięcy i lat wyłącza kolejne grupy mięśni pacjenta powodując postępujący paraliż, łącznie z zajęciem mięśni oddechowych, krtani, upośledzeniem połykania itd. Pacjent, który nie jest w stanie nawet samodzielnie się podrapać (można myśleć, że to drobiazg), z nadmiarem śliny wyciekającej z ust i dostającej się do tchawicy (przypomina to osławioną „torturę wodną”)  oczekuje na zapalenie płuc, które jest najczęstszą przyczyną śmierci w terminalnej fazie tej choroby. I  tylko od lekarza zależy, ile kolejnych zapaleń płuc u takiego pacjenta będzie leczył antybiotykiem (co jest przedmiotem debat etyków na łamach prasy fachowej). Po drugie, nie każdy pacjent musi akceptować życie w  śpiączce względnie w  majaczeniach wywołanych lekami z grupy opioidów – zdarzają się pacjenci, dla których jest ważne zachowanie jasnego umysłu do końca. Jako lekarz, wielokrotnie widziałem cierpienia, których medycyna nie była w stanie złagodzić.
Na przełomie lat 80tych i 90tych do szpitala, w  którym pracowałem, trafił 18-letni pacjent z licznymi przerzutami mięsaka Ewinga do płuc, z zajęciem naczyń chłonnych w płucach.
Wielokrotne konsultacje onkologiczne zakończyły się zaleceniem wyłącznie leczenia objawowego. Pacjent mimo maksymalnego wykorzystania narkotycznych i  sedatywnych leków cierpiał, głównie z  powodu duszności. Podając leki narkotyczne w  dawkach maksymalnie tolerowanych (i  nietolerowanych), należało sprawdzać częstość oddechów, gdyż każde zwolnienie częstości oddechów poniżej dopuszczalnych granic mogło świadczyć o (mimowolnym) przedawkowaniu i (o zgrozo!) przyspieszeniu śmierci pacjenta. Pacjent wielokrotnie prosił o  intencjonalne skrócenie jego cierpienia (nie było to wtedy, jak i nie jest dzisiaj możliwe), a  widok był tak trudny do zniesienia, że  nawet szpitalny kapelan pozostawił mu jedynie „święty obrazek” i  unikał dalszych rozmów (czemu się nie dziwię, bo tylko nieliczni wytrzymują taki balast psychiczny). W  końcu, po kilku tygodniach pacjent zmarł (skutecznie się udusił). Nie bez powodu przytoczyłem te przykłady. Inny bowiem pogląd na  pomoc w  umieraniu mają osoby, które zetknęły się z  długą i  pełną cierpień agonią (np. w  rodzinie), w  przeciwieństwie do takich, którzy dyskutują o tym w zaciszu gabinetów, śmierć zaś wyobrażają sobie jako zamknięcie oczu świątobliwego starca sytego życia. Takich obrazów nie zobaczą w  mediach, gdyż współczesne media (jak najbardziej słusznie) unikają przedstawiania drastycznych scen w  relacjonowaniu wydarzeń medycznych.

Istnieją obawy, że  wprowadzenie pomocy w  umieraniu spowoduje ograniczenie opieki hospicyjnej. Dostępne dane przeczą jednak takim przypuszczeniom. Trzy stany USA, które zalegalizowały pomoc w  umieraniu należą do amerykańskiej czołówki, jeśli chodzi o dostępność opieki paliatywnej, Oregon natomiast jest liderem jeśli chodzi o ilość recept na leki z grupy opioidów i  ilość skierowań do szpitali  . Obawy personelu ośrodków opieki paliatywnej nie są zatem uzasadnione w świetle faktów. Abstrahuję jednocześnie od światopoglądowych powodów obaw, choć trzeba zwrócić uwagę, że w brytyjskich ośrodkach paliatywnych i  hospicjach istnieje nadreprezentacja pracowników związanych z  Kościołami (nie dysponuję danymi jak to wygląda w  Polsce, można się tylko domyślać). Jakkolwiek by na to nie patrzeć,  pozostaje mitem, że „nie ma takiego pacjenta, którego nie mogłaby uwolnić od cierpień dobrze prowadzona opieka paliatywna”. Jest to siódmy z  dziesięciu mitów przytoczonych w  ubiegłym roku przez profesora medycyny paliatywnej Uniwersytetu w Walii Richarda Haina w artykule „Eutanazja: dziesięć mitów”.

Istnieje natomiast eutanazyjne „podziemie”, również w Polsce. Moi koledzy zwierzali się, że podawali letalne dawki leków w celu skrócenia cierpień pacjenta. W Belgii zanim zalegalizowano eutanazję przeprowadzono szeroko zakrojone (anonimowe) badania wśród lekarzy, publikując wyniki w  jednym z  najpoważniejszych pism lekarskich (Lancet  ). Okazało się, że  w  tym – tradycyjnie katolickim – kraju dokonywano eutanazji w  takiej czy innej formie w 39,3% badanych zgonów. Ekstrapolując tą liczbę na polską populację, daje to ponad 100.000 eutanazji rocznie.

Czy nie lepiej zakończyć tę hipokryzję i  określić prawne uwarunkowania takiego procesu?

Artykuł archiwalny z pierwszego numeru PRZEGLĄDU ATEISTYCZNEGO

Marek Łukaszewicz

Udostępnij

Więcej od autora: