Tęczowa czy Przemocowa?

Elżbieta Podleśna

Tęczowa czy Przemocowa?

Matka Boska Równościowa, zwana Tęczową Maryją, pojawiła się, gdy atmosfera wokół osób LGBTQIA zaczęła się zagęszczać. Jak na byt duchowy przystało, powstanie wizerunku przyozdobionego tęczą owiane jest tajemnicą. Na wzór twórców ikon, jej wykonawca lub wykonawczyni chce pozostać anonimowy_a, mimo starań służb, bardzo zainteresowanych jej czy jego personaliami.

Madonna Równościowa zadebiutowała w przestrzeni miejskiej Warszawy w przeddzień Tęczowego Piątku 2018, kiedy pod naciskiem episkopatu wiele szkół wycofało się z planowanych na ten dzień akcji edukacyjnych na temat LGBTQIA. Nasiliły się wówczas, szczególnie w kręgach kościelnych, działania mające na celu wyłonienie publicznego wroga i przygotowanie instrumentarium do deprecjonowania czy wręcz zaszczuwania osób nieheteronormatywnych. Wizerunek Tęczowej Maryi miał z jednej strony dodać otuchy edukatorom i młodzieży, z drugiej zaś – umieszczony na budynkach użyteczności sakralnej – miał ostrzegać przed bezpardonową ingerencją Kościoła katolickiego w kształt edukacji i programy świeckich szkół. Wówczas jednak pojawienie się Madonny Równościowej odnotowali jedynie nieliczni, nie wszczęto w jej sprawie żadnych postępowań.

Po raz kolejny Madonna zadziałała tam, gdzie w imię homofobicznych uprzedzeń przedstawiciele Kościoła katolickiego odnieśli się obraźliwie do osób nieheteronormatywnych. Miało to miejsce przede wszystkim w Płocku, w parafii św. Dominika, w której wyeksponowano symboliczny grób Chrystusa, zbudowany z kartonów oznaczonych nazwami pospolitych przewin i przestępstw. „Budulcem” grobu były kartony z napisami agresja, pycha, hejt, pogarda, a także – niestety – gender i LGBT.

Matka Boska Równościowa postanowiła pojawić się właśnie tam, gdyż zrównanie terminu „LGBT” z nazwami przestępstw i czynów moralnie nagannych ewidentnie naraziło osoby nieheteronormatywne na niebezpieczeństwo piętnowania i wykluczania ze społeczności, a także być może na niebezpieczeństwo ataków fizycznych bądź innych form agresji. Tęczowa Madonna uruchomiła zatem swoją funkcję ochronną, przekazując komunikat o trosce, opiece, prawie do bycia sobą i wyrażania siebie. Zainteresowanie (i oburzenie) publiczności skoncentrowało się na obrazkach z tęczą, podczas gdy akcja w Płocku miała jeszcze jeden istotny element. Była to lista nazwisk polskich biskupów, którzy – zgodnie z raportem Fundacji Nie Lękajcie Się – ukrywali duchownych będących sprawcami czynów pedofilnych. Lista ta została umieszczona m.in. na koszach na śmieci, gdyż mamy nadzieję, że nazwiska popleczników pedofili wylądują kiedyś na śmietniku historii. Fakt ten jest skrzętnie pomijany w opisach akcji, podczas gdy był jej immanentną częścią. W dwuczłonowości działania chodziło o ukazanie rozbieżności pomiędzy takimi pojęciami, jak miłość, przygarnięcie, schronienie, zaufanie, powszechność (katholikos), a takimi, jak hierarchia, dominacja, gwałt, cierpienie, fałsz, wykluczenie. Które pojęcia wiążą się z którymi elementami płockiej akcji, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Nalepki i plakaty z Madonną zostały umiejscowione na murach budynków przeznaczonych do rozbiórki, na skrzynkach transformatorowych, na słupkach znaków drogowych, jak w biegu harcerskim wyznaczając drogę do stacji końcowej, którą był kościół św. Dominika. Tam Madonna została wyeksponowana na tablicy ogłoszeń oraz na postumencie statuetki przedstawiającej Maryję.

Działanie w Płocku przeprowadziłyśmy we trzy, z Anną Prus i Joanną Gzyrą-Iskandar. Anna i ja usłyszałyśmy już zarzuty, w kwestii Joanny śledztwo nadal trwa. Ciężar politycznego i medialnego hejtu skupił się na mojej osobie, również przeciwko mnie najwcześniej podjęto czynności prawne, które osiągnęły wymiar nękania (potwierdził to już w znacznej mierze płocki sąd, uznając moje zatrzymanie za bezzasadne). Samo zatrzymanie mnie było ewidentnie odgórnie sterowane bądź przeprowadzone tak, by spełnić domniemane oczekiwania najwyższej rangi urzędników państwowych. Sygnał do pościgu za nami dała Kaja Godek, szefowa Fundacji Życie i Rodzina, działaczka ruchu anti-choice, otwarcie wypowiadająca poglądy homofobiczne. Kandydowała podówczas z Płocka do europarlamentu i dostrzegła zapewne szanse PR-owskie w wywołaniu afery i rozdęciu jej do skali państwowej. Jeden jej twitt obudził ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, Joachima Brudzińskiego, który – również za pomocą Twittera – jął zachęcać podległe mu służby do energicznych poszukiwań, w których użyto takich samych narzędzi, jak do walki z mafią. „Nie może być zgody, w imię pseudotolerancyjnych happeningów, na kulturalne barbarzyństwo” – grzmiał minister. „W Płocku dokonano profanacji świętego od wieków, dla wszystkich Polaków, wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej. Sprawą z urzędu zajmie się policja”. Śledzono zatem trasy mojego samochodu i logowania telefonu, wyczekano, aż wyląduję w Warszawie wróciwszy z wizyty w belgijskim i holenderskim Amnesty International, i następnego dnia wczesnym rankiem wygarnięto mnie z domu, który uprzednio dokładnie przeszukano. Wsadzono mnie do nieoznakowanego radiowozu, upchnięto z dwojgiem funkcjonariuszy na tylnym siedzeniu i przewieziono na posterunek w Płocku. Tamtejszy komendant, chcąc uczynić zadość wymaganiom zwierzchnika, podjął decyzję o osadzeniu mnie w areszcie. Minister Brudziński nie omieszkał podziękować policji za sprawną akcję i stwierdzić, że „żadne bajanie o wolności i tolerancji nikomu nie daje prawa do obrażania uczuć ludzi wierzących”. Miejscowy prokurator, który wydał co prawda nakaz przeszukania mojego mieszkania, ale odciął się od decyzji o zatrzymaniu mnie, już w trakcie zwołanej przez siebie konferencji prasowej został odsunięty od prowadzenia śledztwa i zastąpiony inną osobą. Pewien konflikt kompetencyjny między policją a prokuraturą okazał się jednak dla mnie zbawienny. Oddano mi zarekwirowane rzeczy osobiste, w tym bieliznę, spisano dane personalne, pobrano odciski palców i ślady biologiczne (wymaz z jamy ustnej i tzw. ślad zapachowy), przyjęto moją odmowę zeznań i puszczono wolno. Przynajmniej tymczasem, jako że par. 196 w swojej górnej granicy przewiduje pozbawienie wolności do lat 2.

Działanie w Płocku przeprowadziłyśmy we trzy, z Anną Prus i Joanną Gzyrą-Iskandar. Anna i ja usłyszałyśmy już zarzuty, w kwestii Joanny śledztwo nadal trwa. Ciężar politycznego i medialnego hejtu skupił się na mojej osobie, również przeciwko mnie najwcześniej podjęto czynności prawne, które osiągnęły wymiar nękania (potwierdził to już w znacznej mierze płocki sąd, uznając moje zatrzymanie za bezzasadne). Samo zatrzymanie mnie było ewidentnie odgórnie sterowane bądź przeprowadzone tak, by spełnić domniemane oczekiwania najwyższej rangi urzędników państwowych. Sygnał do pościgu za nami dała Kaja Godek, szefowa Fundacji Życie i Rodzina, działaczka ruchu anti-choice, otwarcie wypowiadająca poglądy homofobiczne. Kandydowała podówczas z Płocka do europarlamentu i dostrzegła zapewne szanse PR-owskie w wywołaniu afery i rozdęciu jej do skali państwowej. Jeden jej twitt obudził ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, Joachima Brudzińskiego, który – również za pomocą Twittera – jął zachęcać podległe mu służby do energicznych poszukiwań, w których użyto takich samych narzędzi, jak do walki z mafią. „Nie może być zgody, w imię pseudotolerancyjnych happeningów, na kulturalne barbarzyństwo” – grzmiał minister. „W Płocku dokonano profanacji świętego od wieków, dla wszystkich Polaków, wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej. Sprawą z urzędu zajmie się policja”. Śledzono zatem trasy mojego samochodu i logowania telefonu, wyczekano, aż wyląduję w Warszawie wróciwszy z wizyty w belgijskim i holenderskim Amnesty International, i następnego dnia wczesnym rankiem wygarnięto mnie z domu, który uprzednio dokładnie przeszukano. Wsadzono mnie do nieoznakowanego radiowozu, upchnięto z dwojgiem funkcjonariuszy na tylnym siedzeniu i przewieziono na posterunek w Płocku. Tamtejszy komendant, chcąc uczynić zadość wymaganiom zwierzchnika, podjął decyzję o osadzeniu mnie w areszcie. Minister Brudziński nie omieszkał podziękować policji za sprawną akcję i stwierdzić, że „żadne bajanie o wolności i tolerancji nikomu nie daje prawa do obrażania uczuć ludzi wierzących”. Miejscowy prokurator, który wydał co prawda nakaz przeszukania mojego mieszkania, ale odciął się od decyzji o zatrzymaniu mnie, już w trakcie zwołanej przez siebie konferencji prasowej został odsunięty od prowadzenia śledztwa i zastąpiony inną osobą. Pewien konflikt kompetencyjny między policją a prokuraturą okazał się jednak dla mnie zbawienny. Oddano mi zarekwirowane rzeczy osobiste, w tym bieliznę, spisano dane personalne, pobrano odciski palców i ślady biologiczne (wymaz z jamy ustnej i tzw. ślad zapachowy), przyjęto moją odmowę zeznań i puszczono wolno. Przynajmniej tymczasem, jako że par. 196 w swojej górnej granicy przewiduje pozbawienie wolności do lat 2.

Bycie w centrum osobistego zainteresowania prominentnego członka Rady Ministrów mogłoby mi schlebiać, gdyby nie było oznaką absolutnej patologii, czyli angażowania aparatu państwowego do ścigania z urzędu za czyn, który ewentualnie mógłby być przedmiotem powództwa cywilnego w procesie karnym. Paragraf 196 kk, pomyślany ponoć w pierwszym rzędzie jako narzędzie obrony praw mniejszości religijnych, stał się w rzeczywistości młotem na czarownice typu Doda, Nieznalska czy Podleśna. Słowo profanacja, użyte przez ministra spraw wewnętrznych, znakomicie pokazuje pomieszanie porządku religijnego z porządkiem prawnym. I tak oto całkowicie jasne się stało, że w polskim kodeksie karnym figuruje paragraf, który w świeckim państwie wyznacza karę za bluźnierstwo wobec obrazu „świętego dla wszystkich Polaków”. Czy trzeba lepszego dowodu na to, że idziemy dziarskim krokiem w kierunku państwa religijnego, ba, już stoimy na jego granicy?

Co tak skandalicznego jest w prostym kolażu, że jego dystrybutorkę trzeba było wyciągnąć z łóżka o 6 rano (dokładnie o 6.10) i przewieźć jak niebezpiecznego przestępcę na komisariat do odległego o 100 km miasta? Rysy Madonny z jasnogórskiego obrazu pozostały wszak nietknięte. Niezmieniona jest również figura Dzieciątka. Jedyną ingerencją jest podmienienie ornamentu. Złoty kolor aureoli zastąpiła tęcza. I to właśnie tęcza okazuje się obrażać uczucia religijne sporej części Polaków. Jest to dość zrozumiałe. Symbol różnorodności, wolności i równouprawnienia rzeczywiście może zagrażać dążeniom do stworzenia jednolitego, zuniformizowanego społeczeństwa, z jedną jedyną religią, którą utożsami się – jak uczynił to Brudziński – z wiarą (nota bene nie przestaję podkreślać, że jestem osobą wierzącą, co dla wielu osób po obu stronach tęczowego sporu jest nie do pojęcia). Monolitem łatwiej się zarządza, a zgodnie z prastarą zasadą cuius regio, eius religio, religia jest znakomitym narzędziem kontroli społecznej i cementowania „prawowitej” władzy, Tęcza tymczasem jest zjawiskiem, którego pojawienie się wymaga przestrzeni i światła. Swoistego oświecenia. Tęcza nie ukaże się w obskurnym, chmurnym i zamkniętym świecie. Jej bezczelna radosność, przestrzenne rozpostarcie i pstrokacizna mogą być uznane za prowokację przez ludzi smutnych, wewnętrznie pospinanych i pokurczonych.

Warto przy okazji może zadać pytanie, jak to jest, że hierarchowie i część wiernych reaguje obrazą na użycie wizerunku Maryi w akcji broniącej bliźnich, podczas gdy nie przeszkadza im używanie imienia Maryi w nazwie pewnej rozgłośni radiowej, szczującej na bliźnich i drenującej coraz mocniej państwowy budżet (co najmniej 214 mln dotacji od różnych państwowych podmiotów od początku władzy PiS)?

Tym, co jeszcze jest dla mnie w całej aferze irytujące, to wielkopańskie zawłaszczenie symboliki kulturowej. Opuściłam Kościół katolicki, ale nie oznacza to, że pozostawiłam w nim wszystkie dla mnie ważne symbole. Jednym z nich jest dla mnie wizerunek Matki. Żadne z wyobrażeń Matki Boskiej nie jest wyłączną „własnością” żadnej organizacji religijnej. Własnością może być konkretny obraz na konkretnej desce, przedmiot, ale nie symbol. Staroruska ikona, przedstawiająca kobietę o śniadej twarzy, nie jest – w swym symbolicznym wymiarze – „własnością” żadnej rasy ani żadnego narodu. Mało tego, mogłaby być wręcz symbolem wspólnoty, która nie potrzebuje urawniłowki, by być silną i szczęśliwą; pokojowej wspólnoty, która może równoprawnie łączyć różnych ludzi, również tych, którzy nie wierzą ani w ten, ani w inne

symbole.

Co teraz? Ano czekamy. Sprawa utknęła w płockiej prokuraturze, która zbiera z całej Polski doniesienia o obrażonych przez nas uczuciach. Wiemy już, że na rany w uczuciach religijnych uskarża się m.in. Sekcja Emerytów NSZZ Solidarność z Rzeszowa. Kiedy prokuratorka prowadząca sprawę przekaże ją do sądu, nie wiadomo. Ze swojej strony złożyłam do płockiego sądu wniosek o odszkodowanie za niezasadne zatrzymanie; uzyskane fundusze zamierzam przekazać Fundacji Transfuzja, zajmującej się pomocą prawną i psychologiczną dla osób transpłciowych.

Elżbieta Podleśna jedna z liderek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, działaczka antyfaszystowska, oskarżona o obrazę uczuć religinych w związku z akcją, w której dystrybuowała wizerunek Matki Boskiej w tęczowej aureoli na znak protestu przeciwko mowie nienawiści wobec osób LGBT.

/Artykuł był opublikowany w kwartalniku Fundacji „Przegląd Ateistyczny” Nr 8/2019/

Marek Łukaszewicz

Avatar for Elżbieta Podleśna

Elżbieta Podleśna

Udostępnij

Więcej od autora: