Apostazja w kajdankach

Nina Sankari

Zula wybrała się dziś do parafii, żeby złożyć tam swoje oświadczenie o wystąpieniu z Kościoła zgodnie z procedurą Dekretu Ogólnego Konferencji Episkopatu Polski. Z kancelarii Parafii Św. Włodzimierza w Warszawie została wyprowadzona w kajdankach i wywieziona policyjnym radiowozem.

Decyzja o wystąpieniu z Kościoła

Zula wychowała się w zwykłej katolickiej rodzinie. Rodzice ją ochrzcili, „bo taka była tradycja”. Ale już do komunii dziewczynka przystąpiła za namową rodziny, choć sama nie miała na to wielkiej ochoty. To było jej ostatnie aktywne uczestnictwo w kościelnych obrzędach, nie licząc rodzinnych pogrzebów. Kiedy ukończyła 18 lat, zastanawiała się nad oficjalnym wystąpieniem z Kościoła, ale uznała, że to bezsensowne, skoro i tak nie chodzi do Kościoła. Na zmianę tej decyzji wpłynęły wydarzenia z ostatniego roku:
Ten rok pokazał mi, jak obrzydliwa jest ta organizacja, ta instytucja. Szczują ludzi na siebie wzajemnie, żeby czerpać zyski. Pedofilia, wojna z LGBT, kobietami. Nie zgadzam się na takie traktowanie ludzi i ich praw, na wykluczanie. „

Przygotowania

Zula zapoznała się uważnie z Dekretem Ogólnym Konferencji Episkopatu Polski w tej sprawie. Zgodnie z zawartymi w nim instrukcjami sporządziła swoje oświadczenie woli o wystąpieniu z Kościoła Rzymskokatolickiego (w trzech egzemplarzach) oraz uzyskała odpis swojego świadectwa chrztu. Następnie jeszcze przed Świętami skontaktowała się z parafią i umówiła na wizytę u proboszcza w Parafii im. Św. Włodzimierza w najbliższym możliwym terminie: 2-go stycznia. W dobrym nastroju, wyposażona w potrzebne dokumenty, przekonana, że bez problemu pożegna się z instytucją, z którą nie chciała mieć więcej nic wspólnego, udała się na ul. Kondratowicza na godz. 8.30, o której była mowa w rozmowie telefonicznej.

Wizyta u proboszcza

Ksiądz Zbigniew Wojciechowski spóźnił się nieco, ale nie miało to większego znaczenia dla Zuli. Za chwilę miała to już mieć z głowy. Na pytanie o powód wizyty Zula powtórzyła, że w sprawie wystąpienia z Kościoła. Przedstawiła dokumenty, w tym odpis chrztu z parafii w Legionowie, który uzyskała wcześniej bez problemu. Ksiądz nawet nie spojrzał do dokumentów i zapytał o adres zamieszkania, wyraźnie podany w dokumentach. Zaczął przeglądać jakieś koperty, które przyniósł z innego pomieszczenia, po czym stwierdził, że Zula nie figuruje w jego „rejestrze parafian”. Stwierdził, że nie ma dowodu, że Zula istotnie zamieszkuje na terenie tej parafii, więc nie może od niej przyjąć dokumentów. Nie pomogło powoływanie się na zapisy Dekretu Ogólnego, ksiądz wiedział swoje. „Gdyby tak było, pół Warszawy by mi tu przyszło” . Zula obstawała przy tym, żeby proboszcz przyjął dokumenty, na co usłyszała, że ma wyjść z kancelarii pod groźbą zawołania policji. Zdecydowała się poczekać, licząc na pomoc stróżów prawa w załatwieniu sprawy. „Mam Panią, która blokuje mi kancelarię i nie chce wyjść” – powiedział proboszcz do słuchawki i wyprosił Zulę na korytarz, gdzie czekała na policjantów.

Interwencja policji

Policja zjawiła się błyskawicznie, po kilku minutach. Wylegitymowała i spisała Zulę. Proboszcz powtórzył policjantom, że nie może przyjąć od Zuli „pewnych” dokumentów. Policjanci, nie podając swoich identyfikatorów, rozpoczęli na miejscu przesłuchiwanie Zuli: „Czego nie rozumiesz? Co ci wytłumaczyć?”. Wyjaśnienia Zuli o Dekrecie Ogólnym KEP ich nie interesowało. Słusznie zresztą stwierdzili, że prawo kanonicznie ich nie obchodzi. Po kolejnych próbach tłumaczenia policjantom, w jakim celu przyszła do kancelarii i jakie jej przysługują prawa, usłyszała: „Wstawaj i wynocha” oraz groźby o wywiezieniu do „psychiatryka”. W tym momencie Zula postanowiła nagrywać dalszy przebieg interwencji, ale jej próba wyjęcia komórki z torebki zakończyła się skuciem rąk w kajdanki za plecami oraz komentarzem o głupich cipach, które w sobotę robią dymy. „Czego nie rozumiesz, jak ksiądz mówi nie, to nie”. W radiowozie policjanci usiłowali zmusić Zulę do deklaracji, że nigdy więcej w tej parafii się nie pojawi. Zaprzeczyła, powiedziała, że musi tę sprawę załatwić. Wtedy usłyszała, że w takim razie zawiozą ją do psychiatryka. Ta groźba także nie zrobiła wrażenia na Zuli, która odparła, że o tym, kogo przyjąć do szpitala psychiatrycznego decydują lekarze, nie policja. Policjanci „tym razem” odwieźli Zulę pod jej adres zamieszkania, wysadzili pod blokiem i na oczach sąsiadów oraz przypadkowych przechodniów zdjęli jej kajdanki. Zażądali podpisania jakiegoś dokumentu, zasłaniając jego treść. Zula odmówiła podpisania go bez możliwości przeczytania. Powiedzieli, że to mandat za zakłócanie miru domowego – odmówiła przyjęcia. Wtedy zażądali podpisania dokumentu jakoby o odmowie przyjęcia mandatu. Wykończona całą tą historią, podpisała. Nie dostała kopii ani mandatu, ani czegokolwiek. Właściwie nie wie, co podpisała, bo nie dano jej niczego przeczytać przed złożeniem podpisu.

Stróże czyjego prawa?

Zula jest zbulwersowana. Jest w szoku. Nie rozumie, dlaczego policja zamiast pomóc jej załatwić sprawę, zakuła ją w kajdanki. Przecież nie była agresywna, nie podnosiła głosu, nie używała wulgaryzmów. Jest oburzona na policję, która nie broni praw obywateli, tylko urzędników Kościoła. Napisze skargę do Kurii i do Rzecznika Praw Obywatelskich. Chce, żeby ksiądz, który spowodował to zajście, poniósł jakieś konsekwencje. Uważa, że policjanci, którzy bezprawnie zakuwają w kajdanki obywateli, powinni zostać ukarani. Uważa, że osoby, które nie szanują ani prawa, ani ludzi, w ogóle nie powinny służyć w policji.

Sojusz tronu i ołtarza się chwieje

Zula jest zdziwiona, kiedy mówię, że Konstytucja RP nie zapewnia w Polsce ani rozdziału Kościoła od państwa, ani świeckości, ani neutralności światopoglądowej. Biskupi sprzeciwili się temu jeszcze na etapie jej tworzenia. Polskie elity polityczne zgodziły się wtedy na te ustępstwa wobec Kościoła Rzymskokatolickiego, płacąc mu za jego niewątpliwy wkład w obalenia tzw. komunizmu. Jak wiemy, walutą w tej transakcji stały się prawa kobiet, prawa LGBT, innowierców. Również prawa zwierząt. Sojusz tronu i ołtarza w Polsce odcisnął swoje czarne piętno także na rabunkowym podejściu do Natury. Moralna degrengolada hierarchów, którzy wciągali do niej swoich wiernych, napotkała w końcu na opór. Dziś mamy do czynienia ze wzbierającą falą odchodzenia od Kościoła ludzi, którzy mają tego dość. Szczególnie ludzi młodych. Gdy siła religijnego argumentu przestaje działać, Kościół wzywa na pomoc siłę państwowego aparatu przemocy, wykorzystuje policję.

W ten sposób zarówno Kościół, jak i władza państwowa, która mu służy, wiążą sobie pętlę na szyi.

Epilog sprawy tutaj

Marek Łukaszewicz

Polska wolnomyślicielka, działaczka feministyczna, ateistyczna i laicka, tłumaczka, publicystka. Prelegentka na wielu międzynarodowych konferencjach m.in. w Paryżu, Londynie, Rzymie, Kolonii, Oslo, Malmo, Kairze, Bejrucie. Redaktorka naczelna Przeglądu Ateistycznego, Wiceprezeska Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego

Udostępnij

Więcej od autora: