Jaka religia, jaki ateizm?

Poruszenie w sieci z powodu opublikowania informacji statystycznych. Dane z ostatniego spisu ludności pokazują, że  liczba osób deklarujących się jako katolicy zmalała od 2011 roku o ponad sześć i pół miliona. W zasadzie nie powinniśmy się dziwić. Fala skandali pedofilskich, afery finansowe, antyaborcyjna obsesja.

To wszystko wywołało wrzenie w mediach głównego nurtu i w mediach społecznościowych. Ucieczka młodego pokolenia od religii w szkołach, spadek powołań, bunt wierzących i (prawdopodobnie w najmniejszym stopniu) wpływ nauki.W kręgach antyklerykalnych szał radości, smutek i przerażenie wśród sympatyków dobrej zmiany. Ciekawe, że jak dotąd w tych reakcjach nie widać pytań, od jakiej religii odchodzą i jakiego ateizmu szukają.
W ostatnich  latach media pomogły wielu ludziom dostrzec bezmiar ciemnoty, zabobonów i hipokryzji kleru. Na niezliczonych stronach ateistycznych grupek dominuje szyderstwo i obrzydzenie do tych pasterzy, co czasami przypomina atmosferę z XVI wieku, kiedy na duchownych nie zostawiano suchej nitki, nie spodziewając się, że za chwilę kontrreformacja odwróci trend, przywróci ufność do skompromitowanych pasterzy i radość prymitywnej religijności.
Suche dane statystyczne mówią nam bardzo mało. Ponad 72 procent odpowiedziało, że należy do jakiegoś kościoła, 71,3 odpowiadających stwierdza, że należy do kościoła rzymsko-katolickiego, około 20 procent nie udzieliło odpowiedzi w sprawie wiary.
Co oznacza zmiana deklaracji wyznaniowej kilku milionów Polaków i co oznacza trwanie przy deklarowaniu się jako Polak-katolik dominującej większości?
Ci, którzy nadal deklarują się jako katolicy, mają bardzo zróżnicowane postawy i poglądy, ostatnie lata przyniosły znaczący spadek udziału w praktykach religijnych (mierzony głównie uczestnictwem w mszach). Wielu katolików porzuciło kościół, nie porzucając wiary: wśród wierzących i praktykujących znacząco nasiliły się postawy krytyczne wobec kleru, a z drugiej strony w miarę pustoszenia kościołów rosną szeregi fanatycznych organizacji religijnych. Polski kościół jest bardzo konserwatywny i odnosi się wrażenie, że kurczą się szeregi tych kapłanów, którzy mieli nadzieję na zmiany w kierunku większej otwartości, faktycznego rozdziału kościoła i państwa, pogodzenia z nauką i systemem demokratycznym. Wielu, być może nawet większość księży, którzy żywili takie nadzieje, rozstała się z kapłaństwem nie znajdując w kościele dla siebie miejsca. W obliczu przyspieszonej laicyzacji polski kościół stał się jeszcze bardziej wojowniczy i jeszcze bardziej konserwatywny niż był na poprzednim etapie.
Czy ten radykalizm kościoła napędzany jest wyłącznie lękiem przed laicyzacją? Czy jedną religię zastępuje inną religia? Co kryje się za deklaracją bezwyznaniowości?
Konwersja do innego wyznania chrześcijańskiego jest stosunkowo rzadka. (Konwersja na islam czy buddyzm jeszcze rzadsza.) Zdeklarowany ateizm nadal pozostaje marginesem, ale w młodym pokoleniu coraz szerszym. Stosunkowo najczęstszym zjawiskiem wydaje się rezygnacja z regularnych praktyk religijnych i pozostanie przy tradycji, a więc obchodzenie tradycyjnych świąt, śluby, chrzty, itp.
Umiarkowanie wierzący mają zróżnicowane sympatie polityczne, stanowią również lwią część elektoratu opozycyjnych partii politycznych, włącznie z lewicą. Katolicka lewica ma nawet własne stowarzyszenia i media, gdzie widzimy charakterystyczny amalgamat retoryki. Na jednym z takich forów czytamy:  „Domagamy się pensji dla młodych naukowców, które pozwolą im założyć rodzinę. Domagamy się pieniędzy dla uczelni, które umożliwia studentom naukę w mniejszych grupach.”
Dla laickiej lewicy ta troska o tradycyjną rodzinę jest podejrzana. Wolna miłość jest wartością, rozwody chronią kobiety przed domowym terrorem, obawiają się, że ci wierzący za chwilę wrócą pod kościelne sztandary. Uznanie, że tradycyjna rodzina może być wartością nie związaną z naukami kościoła, jest trudne. Liczba dzieci wychowanych przez samotne matki nie budzi niepokoju dobrze zarabiających, nie skłania do analizy powiązań między zależnością od świadczeń państwa, wychowaniem dzieci bez ojca i związanym z tym zjawiskiem wzrostu patologii społecznych. Prosta dychotomia nie lubi skomplikowanych analiz.   


Jesteśmy częściowo świadomi różnicy między jednostkowym światopoglądem i grupowym. We własnym środowisku szukamy towarzystwa ludzi, których poglądy są zbliżone do naszych. Obce środowiska zazwyczaj traktujemy jako bardziej homogeniczne niż własne. Szybkie zmiany postaw i poglądów są jak ruchy tektoniczne, obserwujemy wzrost fanatyzmu, niemożność kompromisu, skłonność do przemocy. Radykalizm z obrzeży przenika do centrum.
Nie ma dziś Partii Umiarkowanych Polaków, więc upupieni jesteśmy wszyscy. Dziesiątki lat temu francuski filozof Jean-Francois Revel rzucił hasło: ani Marks, ani Jezus. To słuszne hasło, możemy jednak zasadnie podejrzewać, że ludzkość nie obejdzie się bez tabletek na platfus. Co więcej, że będzie dążyć do przyjmowania ich przy takim lub innym ołtarzu, zapewne spełniającym wymogi postępu, a zarazem dostępnym do nabycia w jakiejś IKEI po przystępnej cenie i gwarantującym zbiorowe uniesienie z powodu poczucia przynależności do mądrych i dobrych.  

Dążenie do sprawiedliwości nie jest jeszcze sprawiedliwością, ale daje poczucie moralnej wyższości, współczucie nie jest jeszcze skuteczną pomocą, ale pozwala wierzyć, że jesteśmy dobrzy. Rezygnacja z idei związanych tak z Marksem, jak i z Jezusem powoduje pustkę i zapotrzebowanie na nowe symbole łączące wspólnoty, prowadzące do nowych rytuałów, pozwalające odkryć nowych (czasem starych) wrogów.  

Błądzimy, nie można inaczej, nikt nigdy nie ma we wszystkim racji. Gorzej, bo błądzimy radośnie pospołu, umacniając się w błędach. Platońska jaskinia jest dobrą metaforą. Istotnie wychodząc z jaskini możemy zobaczyć inny świat i mamy gwarancję, że nasza opowieść zostanie przyjęta z gniewem przez widzów w teatrze cieni.

W nowym świecie wspaniałej komunikacji ambonę księdza i głos herolda na rynku, zastąpiła influncerka z IQ mierzonym milionem polubień. To jednak drobiazg w porównaniu ze sztuczną inteligencją, otwierającą nowe perspektywy tworzenia sztucznej rzeczywistości na żądanie.   

Magia zbiorowych złudzeń porywa miliony. Historycy ze zdumienie przyglądają się zapisom o szybkości rozprzestrzeniania się chrześcijaństwa w starożytnej Europie, o jeszcze większym sukcesie islamu, który w ciągu stu lat rozciągnął się na ogromne połacie Azji i Afryki. Tak niedawno dziesiątki milionów zachwyciły się magią leninowskiej wizji, innych niebawem miały porwać wrzaski Hitlera. 

Gwałtowne zmiany postaw i poglądów nie zawsze kończą się dobrze. Dotarcie do umiarkowania jest mało prawdopodobne. Zwycięstwo jednej ze stron uważane jest za koniec świata przez tę drugą, walka staje się walką na śmierć i życie. Piszę ten tekst pierwszego października, już po zakończeniu marszu w Warszawie. Reakcje w mediach pokazują siłę namiętności.   


Za dwa tygodnie wybory. Wyborcza koalicja, która w kalkulacjach kilku polityków miała skupić umiarkowanie wierzących, może nie wejść do Sejmu. To może zaważyć na ostatecznym wyniku, który siłą rzeczy będzie prowadził do zmian podobnych do kontrreformacji. Z wielu stron słychać, że te wybory są szczególnie istotne dla całej Unii Europejskiej. To prawda.   

Andrzej Koraszewski

Artykuł z Listy z naszego sadu 2023-10-02

Marek Łukaszewicz

Udostępnij

Więcej od autora: