MaMała zaroślowa myszka

Bezmyślnie obracałem wsuniętą mi w ręce ulotkę EuroPride 2010 przez dziewczynę idącą z paczką młodych ludzi: „Różnorodność, solidarność, równość”, „Freedom, equality, tolerance!”. – A co mnie to obchodzi?

Wkurzyłem się, poczułem złość i już miałem chęć krzyknąć za oddalającą się grupą: „Odczepcie się, nie jestem żadnym pedałem!”, ale w ostatniej chwili, sam nie wiem dlaczego, ugryzłem się w język. Znaczy… wiem. Znów odezwała się do mnie mała zaroślowa myszka.

– Zastanów się, potrzebują twojego wsparcia – szepnęła.

– Nie mam z nimi nic wspólnego – odparłem w myślach.

– Masz, zastanów się.

– Nie muszę, jest mi to zupełnie obojętne, myszko.

– Twoja obojętność krzywdzi tych ludzi.

– A co ty wiesz o krzywdzie? – chciałem wygarnąć i już naprawdę mocno ugryzłem się w język.

Myszka zniknęła, jakby czytała mi w myślach. Skrzywdziłem ją. Nie po raz pierwszy, a tyle jej jestem winien.

Tej nocy myśli i sumienie długo nie pozwalały mi zasnąć. Rano obudziłem się z mocnym postanowieniem: pójdę z nimi.

Jest rok 1967. Maj. Mały, dziesięcioletni chłopiec klęczy przed mysią norką z przygotowaną pułapką. To ja. Od dawna interesowałem się przyrodą, przynosiłem do domu przeróżne zwierzątka; tym razem chciałem złapać myszkę. Nie miałem jasnego planu, co z nią zrobię, jak już ją złapię – nie sięgałem myślą tak daleko w przyszłość, niepewny osiągnięcia podstawowego celu. Ale to, co w końcu się stało, wywarło kolosalny wpływ na całe moje życie.

Na razie, w Parku Łazienkowskim, na skarpie poniżej pomnika Chopina, czekam przy mysiej norce.

Jest.

Z wylotu wysuwa się wąsaty pyszczek, badawczo węszy. Zamarłem, wstrzymałem oddech, patrzę. Myszka wysuwa się ciutkę dalej; widzę maleńkie brązowe oczka, uszka. Rozgląda się nieufnie, długie wąsiki drgają. Węszy. Zapach żółtego serka umieszczonego w słoiku kilka centymetrów dalej kusi i wabi.

Wreszcie – bo dłużej nie mogę już bez oddechu – rusza przed siebie i znika w mojej pułapce. Błyskawicznie zakrywam słoik pokrywką. Mam ją, jest moja.

Jest śliczna – szarobrązowa kuleczka na maleńkich łapkach. I te brązowe, bystre oczka. Moja mała zaroślowa myszka.

Tylko co dalej? Do domu zanieść jej nie mogę, nie zgodzą się. Zresztą zaraz by się wydało, że urwałem się ze szkoły i jestem na wagarach. „Wypuszczę cię – mówię do niej w duchu – nie bój się. Ale później” – dodaję i intensywnie myślę, co z nią na razie zrobić. I wtedy wpadłem na doskonały, jak mi się wydawało, pomysł. Gdzieś przeczytałem albo ktoś mi powiedział, że gryzonie doskonale pływają. Ciekawe czy to prawda? Sprawdzę to.

Jest w parku, u podnóża Belwederu, taka stara wierzba płacząca (a w każdym razie wtedy była), której długie, wiszące witki tworzą nad wodą jakby kopułę, pod którą było się całkowicie niewidocznym dla przechodniów. Wymarzone miejsce.

Tam, pod tą płaczącą wierzbą, dokonałem swojego pierwszego w życiu czynu niegodziwego.

Wyjąłem słoik, odkręciłem zakrętkę i wprost ze słoika rzuciłem moją myszką – najdalej, jak mogłem – do wody. Wpadła z pluskiem, chwilę zdezorientowana się pokręciła, po czym zaczęła płynąć do najbliższego brzegu, czyli wprost na mnie, gdzie bez trudu złapałem ją ponownie w słoik.

– A więc umiesz – pomyślałem.

I bez zastanowienia cisnąłem nią jeszcze raz.

Spadła w prawie to samo miejsce i od razu, jak poprzednio, zaczęła płynąć w moją stronę. Nie… nie jak poprzednio. Wolniej. Widziałem, jak jej małe łapki coraz bardziej niezdarnie przebierają wodę; jak wąsaty pyszczek musi zadzierać coraz wyżej, aby złapać powietrze; i te wpatrzone we mnie – jak mi się wydawało – śliczne, brązowe oczka. W końcu już cała była pod powierzchnią. Jeszcze przez chwilę, w zwolnionym tempie, przebierała łapkami i… było po wszystkim. Ostatnie, co pamiętam, to malutka banieczka powietrza, ostatni oddech mojego małego zwierzątka, który unosił się jeszcze przez chwilę na stawowej tafli i… został ze mną na resztę mojego życia.

Byłem przerażony.

Jakoś dotarłem do domu, już nie pamiętam jak. Zaszyłem się w pokoju. Nie chciałem tego, to nieumyślnie, przepraszam… powtarzałem w myślach, ale nie było już kogo przepraszać. Gdybym nie rzucił drugi raz, to… Ale rzuciłem. W końcu doszedłem do tego, że nie ma żadnego wytłumaczenia, że jedyne, co mogę zrobić, to obiecać jej, że już nigdy więcej tak nie postąpię. Ale nie było już jej. Więc obiecałem to sobie.

Nie dotrzymałem. Zdarzało mi się później krzywdzić – nawet bliskich. Ale naprawdę się staram. Czasem pojawia się ona, świdruje tymi brązowymi oczkami i przypomina o tamtej obietnicy. To między innymi dzięki niej jestem tym, kim jestem.

Zdjęcie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Myszarka_zaro%C5%9Blowa…

Marek Łukaszewicz

Prezes Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego

Udostępnij

Więcej od autora: